Kwiecień 9, 2012

Coś o mnie…

Tak naprawdę nie wiem od czego zacząć…chyba odkąd pamiętam miałam problemy z nadwagą. Początkowo byłam pulchnym dzieckiem, później nastolatką przy kości, aż do konkretnej otyłości. W liceum przy wzroście 158 cm ważyłam 76 kg! I najważniejsze: niewiele jadłam 🙂
Później rozpoczął się okres diet, oczywiście wykańczające głodówki plus ćwiczenia, do których zapał trwał średnio miesiąc i powrót do normalnego jedzenia z oczywistym efektem jo-jo. I tak połowę lat studenckich wegetowałam, a kilogramów przybywało. W międzyczasie dowiedziałam się, że mam PCO (zespół policystycznych jajników). Zaczęłam szukać informacji na ten temat, to było jak światełko w tunelu, w końcu wiedziałam skąd się wzięła moja nadwaga!

Zaczęłam brać tabletki anty na ustabilizowanie pracy jajników i rozpoczęłam dietę. Oczywiście niskotłuszczową i niskowęglowodanową…i kilogramy leciały w dół. Na początku szybko, z czasem coraz gorzej….ale jakoś udało się zrzucić taką restrykcyjną dietą 20 kg! Tylko, im dalej tym coraz gorzej, musiałam jeść coraz mniej aby kontynuować spadek wagi…wyglądałam super w ubraniu ale pod nim…pod nim była skóra, kości i ….tłuszcz….tak, tłuszcz! Moja dieta doprowadziła do tego, że organizm wykończony ciągłym ograniczaniem kalorii i składników odżywczych pobierał zapasy energii z mięśni….Tą cudowną dietą doprowadziłam się też do insulinooporności.
Co wtedy jadłam? To co do dziś uważane jest za zdrowe…pełnozaiarniste pieczywo, jogurty (najlepiej light słodzone jakimś badziewiem), tonę przetworzonego jedzenia (musli, płatki, nabiał), warzywa, owoce i minimum tłuszczu. Mięso odrzuciłam kiedyś za czasów liceum, do dzis nie wiem czemu, chyba po prostu nie lubiłam nigdy tego smaku, ot tak, bez żadnych przekonań moralnych czy zdrowotnych, bez żadnej racjonalizacji.
Czasem ćwiczyłam, a przynajmniej wydawało mi się, że ćwiczę, bo dziś mam inny punkt odniesienia.
I żyłam sobie kilka lat utrzymując wagę 49-55 kg, a właściwie nie potrafiłam jej utrzymać, bo jakakolwiek większa konsumpcja, obojętnie jakiego jedzenia, powodowała natychmiastowe tycie. Więc waga raz w tą raz w tamtą…do tego wieczna walka z trądzikiem i spadkami energii.
Miałam dość tego wszystkiego, miałam dość wiecznej diety, która była głodówką (jadłam 1000 kcal dzienne) i diety, która ewidentnie mi nie służyła. Nie czułam się co prawda źle, ale nie wiedziałam, że mogę czuć się o niebo lepiej 🙂
Moje ciało, które pokryte było warstwą tłuszczu (mimoprawidłowej wagi) zmusiło mniedo zmiany postawy….ponieważ nie miałam za bardzo jak już obciąć kaloryczności diety to postanowiłam ćwiczyć 🙂
Początkowo było to 30 min dziennie o średniej intensywności przez 5-6 razy w tygodniu, aż zwiększałam poziom do godziny dziennie i maksymalnej intensywności. Rozpiszę kiedyś treningi w osobnym poście, ponieważ do dzisiaj trenuję ok godziny dziennie przynajmniej 5 razy w tygodniu.
Wraz z ćwiczeniami musiałam zmodyfikować dietę…ciężko było jeść tak mało kalorii i trenować….wzięłam się za czytanie, czytałam co się dało, od wypowiedzi na forach, po artykuły, po wywiady z lekarzami, trenerami itd. Tak zrodziła się potrzeba stosowania diety sportowej. Na początku była to duża ilość białka, eksperymenty z węglowodanami. Wciąż moja dieta zawierała znikomą ilość tłuszczu i tonę przetworzonych produktów. Jadłam 1500 kalorii dziennie i tyłam 🙂 Tyłam i tyłam i nie wiedziałam o co chodzi, tak jak mój spowolniony przez lata metabolizm nie wiedział, skąd nagle otrzymuje tyle kalorii….Trenowałam dalej systematycznie, mimo że popadałam w depresję powoli, co jakiś czas modyfikowałam lekko dietę (zmieniałam pory posiłków, zamieniałam kolejność). Wciąż jadłam co 2-3h i stosowałam dietę nieskotłuszczową. Zmieniałam ćwiczenia co kilka tygodni. I po roku ub półtora waga zaczęła spadać,,,,tak, spadać! Sama z siebie…organizm przyzwyczaił się do innego trybu życia i zaczął poprawnie funkcjonować. Niestety wciąż musiałam liczyć kalorie i każda nadwyżka prowadziła do tycia. Często byłam też zmęczona i puchłam. I tak minął kolejny rok, Powróciłam do tematu diety po raz enty i postanowiałam zmodyfikować posiłki okołotreningowe. Moim celem było konsumowanie węglowodanów tylko po treningu. W międzyczasie zainteresowałam się tematem insuliny (wiedziałam już o mojej insulinooporności) i postanowiłam dietą spróbować na nią wpłynąć.
I tu nastąpił znaczny przełom…mimo dobrej formy, i całkiem sensownego wyglądu (cudem chyba na wegatariańskiej diecie udało mi się zbudować jakąś tkankę mięśniową) zaczęło być lepiej. Zmieniła się kompozycja mojego ciała, wagowo było podobnie, ale zaczęłam widzieć mięśnie, które do tej pory tylko przebijały spod warstwy tłuszczu. Ponadto wzrósł poziom energii, wstaje codziennie o 5 rano i kiedyś w połowie dnia łapała mnie znaczna senność. I co najważniejsze….moja waga zaczęła być stabilna. Dalej liczyłam kalorie, dalej czasem jadłam za dużo, ale nie tyłam w mgnieniu oka jak wcześniej. Ponadto rok wcześniej wykryto u mnie mała niedoczynność tarczycy, która zniknęła…dosłownie. Oprócz spożywania przetworzonych węglowodanów tylko po treningu rozpoczęłam suplementację witaminą C, Omega3, wapniem, magnezem, wiataminą D i B complex.
W międzyczasie non stop edukowałam się w zakresie PCO, hormonów, odchudzania, odżywiania…wynikiem czego było odstawienie nabiału. Po jakimś czasie doszukałam się badań i informacji odnośnie wpływu naszej typowej diety na liczne choroby i postanowiłam wyciąć z jadłospisu wszelką przetworzoną żywność.
Jadłam tonę warzyw i owoców, ryby, owoce morza, orzechy, pestki, kiełki. Piłam tylko wodę i zieloną herbatę i edukowałam się dalej…..po jakimś czasie zainteresowałam się dietą Paleo. Co prawda nie jestem fanką nazywania takiego podejścia dietą, ponieważ jest to po prostu styl życia. Sporo moich własnych przekonań opartych na doświadczeniach pokrywało się z zasadami paleo. Dwie istotne różnice: spożywałam za mało tłuszczu (zwłaszcza kwasów tłuszczowych Omega3 i nie jadłam mięsa). Postanowiłam to zmienić. Na początku wprowadziłam tłuszcz do diety (tzn. spore ilości tłuszczu) w postaci: tłustych ryb, awokado, oleju kokosowego, orzechów, masła, oliwy z oliwek…..a później powoli mięsa. Przyznam, że jedzenie mięsa było dla mnie zaporą przez 11 lat mojego wegetarianizmu, ale gdy raz spróbowałam nigdy więcej nie zastanawiałam się nad tym, po prostu było to tak naturalne jak zjedzenie pomidora.
Dziś dalej stosuję sporo zasad paleo, chociaż nie jestem adwokatem takiego sposobu odżywiania. Nie liczę kalorii (czasem jem pewnie 2000, z tego co obserwuję nigdy poniżej 1500) i nie zastanawiam się co i ile czego zjadłam. Jak jem:
– nie jem zbóż i prodktów zbożowych
– nie jem nabiału (z wyjątkiem okazjonalnie masła)
– nie jem cukru
– nie jem produktów przetworzonych (wędlin i kiełbasek też)
– unikam słodzików (stosuje stevię), konserwantów, polepszaczy smaków, barwników i innych szcztucznych substancji
– nie jem warzyw strączkowych (lata jedzenia soi na diecie wegetariańskiej skutecznie rozwaliły moją gospodarkę hormonalną)
– suplementuję się
– jem warzywa (z wyjątkiem skrobiowych) w nieograniczonej ilości do każdego posiłku
– jem co 2-3h (mój organizm podczas diety sportowej przyzwyczaił się do takiego rytmu)
– jem jajka (tak, żółta też), mięso (tak, czerwone też), ryby (tak, te tłuste), olej kokosowy (łyżką)
– unikam olejów roślinnych, orzechów ziemnych, nie smażę na oliwie
– do każdego posiłku dodaję sporą ilość zdrowych tłuszczy w naturalnej postaci
– piję mleko kokosowe, mleko migdałowe
– robię sama masła orzechowe i czekoladę (z oleju kokosowego i karobu)
– unikam owoców o wysokim indeksie glikemicznym ( pozostałe jadam tylko po treningu)
A w jednym zdaniu: jem prawdziwe jedzenie! i nie interesuje mnie wg jakiej diety zostanie to sklasyfikowane. Staram się jeść jak najprościej, unikać przetworzonych produktów. Jedzenie ma służyć jako paliwo, dostarczać organizmowi wszystkich potrzebnych substancji odżywczych (w miarę możliwości, inaczej jestem jak najbardziej za suplementacją), bo tylko w zdrowym organiźmie procesy biochemiczne zachodzą prawidłowo, hormony są w równowadze, kompozycja ciała jest zachowana (beztłuszczowa masa ciała) a choroby mają trudniejsze podłoże do rozwoju.
Oczywiście nie wszystkie efekty zdrowego jedzenia są widoczne od razu, w wielu przypadkach korzyści pojawiają się na przełomie lat, więc traktujmy sposób odżywiania jako profilaktykę, jako inwestycję w nasze zdrowie. Staram się zawsze myśleć o jedzeniu jako o substancji, która wprowadzona do mojego systemu wywoła konkretną reakcję. I nie zrozumcie mnie źle, nie mam ortoreksji, nie jestem maniakiem ekologicznego jedzenia…pozwalam sobie na odejścia od tych zasad (stosuje np. odżywki białkowe na bazie serwatki), ale staram się aby większość tego co jem była po prostu prawdziwym jedzeniem! Wiedza dziś na ten temat jest na tyle obszerna, że warto chociaż spróbować podrążyć temat.

Darmowy
test diagnostyczny

Dowiedz się, które obszary Twojego organizmu nie funkcjonują poprawnie.

dieta
eliminacyjna

Samodzielne rozwiązywanie problemów pokarmowych.

pobierz
przewodnik

Paleo w pigułce.

Zapisz się na
konsultacje

Najczęściej czytane

Fizjologiczne aspekty odchudzania – dysfunkcja komórki

Dziś kolejny, trochę traktowany po macoszemu i nie cieszący się dużą uwagą, aspekt fizjologiczny wpływający na odchudzanie – komórka i jej praca.... Zobacz więcej


Euthyrox, Eltroxin – czego nie wiesz o syntetycznym T4?

Nie ma dnia abym nie dostała wiadomości na temat chorób tarczycy. Niedoczynność jest tak często diagnozowana w ostatnich latach, że zaczyna to... Zobacz więcej


Co słychać w paleo świecie? (by Victor)

Poniżej pierwszy paleo newsletter na Tłustym Życiu! W całości został przygotowany przez Victora.Niestety wszelkie odnośniki są tylko w języku angielskim, ale mimo... Zobacz więcej


Hashimoto (autoimmunologiczna niedoczynność tarczycy)

Niedoczynność to poważny problem w ostatnich latach. Coraz więcej osób choruje i coraz częściej pacjent słyszy, że jego choroba to Hashimoto. Przeważnie... Zobacz więcej


Rola hormonów kobiecych w chorobach autoimmunologicznych

Temat chorób autoimmunizacyjnych w ostatnich latach jest coraz częściej poruszany. Chorzy przestają być biernymi pacjentami, skazanymi na farmakologiczny model leczenia, i zaczynają... Zobacz więcej


Archiwum wpisów

Archives

Godziny otwarcia gabinetu:

PN-PT 10:00-18:00

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.